RSS
czwartek, 19 sierpnia 2010
moja muzyka

czyli czego słucham ostatnio.
zakochałam się w "De Vous Mois" Davy'ego Sicarda http://www.myspace.com/davysicard

bardzo lubię http://www.myspace.com/sunkilmoon

absolutny faworyt: 
http://www.youtube.com/watch?v=6TxYXvGgTF4&feature=channel

i moje moje odkrycie - Beirut (nawet miał koncert w Warszawie...)
http://www.youtube.com/watch?v=SXIaDBad5Vg
http://www.myspace.com/beruit

 

 

21:26, mada_pi
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 czerwca 2010
zmęczona...

ale tym dobrym zmęczeniem po dobrze spędzonym dniu ciężkiej pracy :)

szkoda tylko, że nie moglam iść na ślub Mishaków, ale mam nadzieję, że zrozumieją

22:38, mada_pi
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 czerwca 2010
truskawki

Już zapomniałam jak to jest być studentem...

Ostatnio dobijałam się do BUW-u, trzy podejścia w ciągu tygodnia i dzis WRESZCIE udało się! Pojechałam tam rano (byłam o 9.30), ulokowałam się, podłączyłam laptop i chciałam sprawdzić pocztę, co prawda miałam nie pracować ale tak z przyzwyczajenia... a tu wyskakuje mi komunikat, że "hasło albo login są złe"... szukam, sprawdzam, wpisuje różne kompinacje i okazało się, że moja karta straciła ważność. Nie wiedziałam o tym, bo ilekroć wchodziłam ochroniarze nic nie mówili, nic mi nie "pikało". OK, idę po nową kartę, o na szczęście, tylko 2 osoby przede mną, szybko poszło. Miło mi było jak Pani Wyrabiająca Karty się mnie spytała - "ta sama uczelnia?" nie mogłam jej wyprowadzić  z błędu, z resztą hm, przecież będę się bronić na   t e j   s a m e j   uczelni. Karta jest, pędzę się logować, a tu znowu - odmowa, złe hasło lub login... wracam do Pani, do której ustawiła się tymczasem kolejka. grrr... Ten kto tego nie przeżył ten nie wie co to jest kolejka do PWK (Pani Wyrabiającej Karty) w BUW-ie. Po 20 minutach podchodzę JA, tłumaczę o co chodzi i okazało się, że hasło jest OK, ale aktywacja nastapi w ciągu godziny i tak: jeśli karte wyrobiłam przed 10.00 to po 11 moge się logować, jeśli po 10.00 to od 12 - tak mi to tłumaczyła PWK i to nieważne czy na laptopie czy na stacjonarnym przeznaczonym do tego komputerze... ugh.

no ale - z czystym sumieniem moge powiedzieć, że wciagnęła mnie moja praca i pocztę sprawdziłam jakoś dopiero ok 14.00... 

Mała dygresja - bardzo lubię BUW, kojarzy mi sie z egzaminami na studia bo tam się do nich uczyłam, czytalam Raszewskiego, Nicolla... a także znalezioną przypadkiem błąkając się między regałami (to też uwielbiam - błąkać się znaczy) niesamowitą powieść rosyjskiego pisarza o jakimś magicznym kocie... tytułu nie pamiętam ale znajdę po okładce :P 
Pierwszy raz od dawna poczułam autentyczną chęć na książkę! tak, żeby usiąść i się zatracić! Było mi z tym uczuciem bardzo dobrze, tak dobrze, że oraz w Liberze kupiłam sobie: opowiadania Tyrmanda, "Ziele na kraterze" (smrodek dydaktyczny) i "Krzyżówkę" Anity Haliny Janowskiej. Oczywiście gdybym mogła kupiłabym jeszcze duużo więcej... na razie obiecałam sobie, że bedę częściej wpadać i czytać (zwłaszcza latem to bardzo lubię).

Aha - wiarę w książki przywrócił mi Hubert ;) no i jeśli to czyta to chciałam powiedzieć, że patelnia od Kasi i Huberta baardzo się przydaje. Hi,hi - co za czasy, żeby rodzeństwo sie na blogu tak... fuj!

Na zakończenie dnia kupiłam sobie truskawki - były pyszne! W końcu "truskawkowym wpisem" mam nadzieję wrócić do pisania!



 

23:08, mada_pi
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lutego 2009
don't look back

buhuu, ostatni wpis był, ee dawno temu, no nie liczymy ile czasu, bo zabraknie paluszków.

W skrócie: wróciłam w czerwcu do Polski, odbyłam dwa staże w wakacje i potem aż do grudnia (tak, tak, w ten sposób chcę wytłumaczyć brak wpisów na blogu) a od stycznia pracuję (dlatego nie mam czasu na pisanie, rzecz jasna), tyle informacji perso. 

Nawiązując do tytułu: niedawno natknęłam się na piosenkę, której słucham non stop: Spleen, "Don't look back. Ponieważ nie umiem jeszcze umieszczać tu video, podaję linka:

http://www.deezer.com/track/don-t-look-back-T2154738

Zatem, nie oglądam się tylko idę dalej. Naprzód znaczy.

 

 

 

20:44, mada_pi
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 maja 2008
Oloterapia :)

... na zły humor, niemożność podjecia decyzji (a tu trzeba i to szybko!)... na niezapowiedziany egzamin i kolejny w czerwcu albo i wrześniu... na brak czasu na nauke, na "tu me manques",  na chwilowy spadek formy...na wszystko...

 no i telefon :*

 

A we wtorek będę miała gości :)

 

23:47, mada_pi
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 maja 2008
Wakacje, tak dla odmiany...

Wrociłam do Paryża i od razu sie rozchorowałam, a wszystko przez Mazury i spanie w namiocie ... ;) ale było super! :* 

I znowu, jak za każdym razem po powrocie, nastąpił szok kulturowy (o rany, ale tu śmierdzi!), meterologiczny (jak ciepło i zielono!!! :] ) i lingwistyczny ("jak to było, eee bonżur?? ke? co ta pani powiedziała do mnie??"). Zadziwiająco, okres aklimatyzacji tym razem przebiegł najłagodniej, poza tym, że na krótko "zaniemówiłam" po francusku, to smród w metrze już tak mnie nie uderza! To znaczy drugiego dnia chodziłam po peronie stacji RER bez trzymania rękawa na nosie ;)

Po raz kolejny doszłam do wniosku że ten naród jest dziwny; nadal mam do niego stosunek najoględniej mówiąc: ambiwalentny.

Po pierwsze: sami się gubią w zawiłościach swojej biurokracji :D Już opowiadam. Musiałam zapłacić za wizytę u dentysty w szpitalu, ściśle mówiąc w dwóch, które nawiedziłam jeszcze w kwietniu. Oba to szpitale publiczne. Rachunek z Salpetriere (duuży szpital paryski) dostałam przed wylotem i za radą pani z mojej studenckiej przychodni, wysłalam im czek. Po powrocie znalazłam rachunek z innego szpitala oraz... list z Salpetriere wraz z nietkniętym czekiem i zaznaczonym na liście zdaniem, że nie płacę całości tylko grosze, bo mam ubezpieczenie zdrowotne (!)

*gwoli ścisłości: istnieje tzw. karta Mutuelle, za którą trzeba płacić składki i która gwarantuje bezpłatne leczenie w większości przypadków. Nie będac rezydentem we Francji, nie pracując i nie płacąc składek NIE JESTEM ubezpieczona w Francuskiej Kasie Chorych, bo - ding, dong - nie mam Mutuelle. Moim jedynym dowodem na to, że jestem ubezpieczona i przysługuje mi opieka zdrowotna jest EKUZ, czyli Europejska Karta Ubezpieczenie Zdrowotnego, ważna w krajach Unii, potrzebna przy przyjęciu do szpitala (zgadza się!) oraz przy refundacji leków (to się okaże).

Wracając do tematu... postanowiłam, że pojadę do tych szpitali i zapłacę na miejscu, choć znajoma Francuzka radziła olać to komlpetnie, bo przecież nie będa mnie ścigać w Polsce... ale ja tak nie chciałam, moze kiedyś tu przyjadę jeszcze, nie chcę być na czarnej liście pod tytułem: "tej pani nie leczymy" ;)

W szpitalu koło Nanterre zapłaciłam całość i dostałam fakturę z którą muszę zgłosić się do odpowiednika Kasy Chorych, po częściowę refundację. Pojechałam potem do Salpetriere, gdzie dowiedziałam się, że nic nie płacę (a nie mam Mutuelle!) a pani w kasie tylko wyśle dokument do Kasy Chorych i odstanę informację ile muszę zapłacić, ale będzie to niewiele...

ech, każdy mówi coś innego... na samym początku mówiono mi, że nie otrzymam nawet refundacji !

Poza tym Francuzi migają sie od pracy jak mogą... ;) 8 maja mają wolne, bo świetują zakończenie Drugiej Wojny Światowej (świetują raczej kapitulację Niemiec), he, he...

Z ciekawostek: o państwie Vichy sie tu nie mówi, albo przyznaje że istniało, ale - jak dziś powiedział Sarko "prawdziwa Francja nie była w Vichy"...

Zaobserwowałam tylko ze o własnych wadach Francuzi nie mówią, bo przecież ich nie mają ;)

*[tylko mała dygresja: jak byłam w Musee Carnavalet (muzeum historii Paryza) to jeden kustosz, dowiedziawszy się że jestem z Polski tak zareagował: "ooo, wy, Polacy, na pewno macie nam za złe, że wam nie pomogliśmy w czasie wojny" i pytał mnie co ja o tym sądzę...hmm...]

No i kolejne święto i powód do niepracowania: 12 maja - Zielone Światki (czy ktoś w Polsce to obchodzi??) Znowu jest wolne w poniedziałek, wiec mam kolejny długi weekend :)

Ale uwielbiam Francuzów za ich wynalazki: bagietkę, sery i ich akcent, jak już się zmuszą i mówią po angielsku :D

02:31, mada_pi
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 kwietnia 2008
vacances!

hmm, ostatnio moja rodzina pojawiła się w Paryżu, spotkałam się z nią i te spotkania okazały się nawet... miłe :)

a tak z innej beczki:  

Ponieważ mój cudowny uniwerek postanowił ulżyć biednym studentom i zarządził dwa tygodnie wakacji (tuż przed sesją!) i ja skorzystam z tego zatem... i niniejszym informuję czytelników (o ile są) że dzisiaj po południu przylatuję do Polski, zatem podejrzewam iż nastąpi przerwa w - i tak niezbyt częstych - wpisach.

 

 

 

 

 

 

04:45, mada_pi
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 kwietnia 2008
Hotel w bagnie

Postanowiłam, że nie będę pisać tylko o "złych" Francuzach ;) i o moich przygodach w tym zwariowanym kraju ale dorzucę trochę informacji o samym Paryżu. Zwłaszcza, że czas mija szybko, niedługo wrócę do Polski a tylu rzeczy jeszcze tutaj nie widziałam! Zatem dziś trochę "przewodnikowo". :)

Dzisiaj byłam...

...w muzeum Carnavalet czyli muzeum historii Paryża. Przyznaję, z początku miałam obawy; choć na ogół l u b i ę chodzić do muzeów, ale muzeum historii?? Jeśli ktoś był w muzum historii miasta Warszawy (a ja byłam!) to wie czemu... nuda, nuda i jeszcze raz... Otóż nic bardziej mylącego! Muzeum Carnavalet jest pasjonujące; świetnie ukazuje rozwój i zmiany jakim ulegała stolica Francji, jest naprawdę ciekawe i... najbardziej paryskie z paryskich muzeów! (Myślę ze ww muzeum Warszawy może brać z niego przykład. Swoją drogą wiadomo nie od dziś, że Francuzi umieją się promować, a my nie). Muzeum mieści sie w dwóch budynkach tzw. hotelach* pochodzących z XVI i XVII wieku : L'hôtel Carnavalet oraz L'hôtel Le Peletier de Saint-Fargeau w malowniczej "trójce" czyli dzielnicy Marais (pl.- "bagno").

* fr słowo "hôtel" nie oznacza hotetu, lecz rezydencję paryskich arystokratów

Muzeum otwarto pod koniec XIX wieku w dawnym renesansowym holetu Carnavalet, który swoją sławę zawdzięcza dwóm artystom: rzeźbiarzowi Jean Goujon (ok. 1510 - ok. 1566) i architektowi François Mansart (1598-1666). Skąd nazwa? W 1758 roku wdowa po niejakim François Kernevenoc’h lub Kernevenoy, szlachcicu z Wysp, którego imię paryżanie przekształcili na "Carnavalet ", nabyła drogą kupna ów hotel. Wraz ze zmieniającymi się właścicielami, budynek dzisiejszego muzeum poddawany był renowacjom, m.in. pod koniec XVII w, w XIX i na początku XX wieku.

W XVI i XVII wieku w Paryżu, a zwłaszcza w dzielnicy Marais, powstawało wiele rezydencji należących do arystokracji. Jednak w XIX wieku baron Hausmann, który chciał nadać miastu bardziej reprezentacyjny wygląd, wytyczył wiele bulwarów, znacznie poszerzył ulice i zburzył wiele z tych "hoteli". Nawiasem mówiąc poszerzanie ulic miało w przyszłości zapobiec stawianiu barykad, o które jakże łatwo w wąskich uliczkach. Jak wiemy stawianie barykad oraz strajki sa ulubionym sportem Francuzów ;) (Pamiętny strajk studentów w listopadzie ubiegłego roku, kiedy to sama widziałam jak budynki mojej uczelni były zastawiane ławkami, krzesłami, w zasadzie czym popadnie, nawet koszem na smieci!). Wracając... wiele przedmiotów, mebli, nawet nieraz boazerie z tych niszczonych rezydencji, po wielu perypetiach, przechodzeniu z rąk do rąk, znalazły schronienie własnie w muzeum Carnavalet. Jest więc ono też swoistym mauzoleum i "odą" ku czci "hoteli". Ponadto wiele budynków niszczono PO Rewolucji, jak i wiele posągów królewskich (uznanych za symbol Ancien Regime'u), a nawet rabowano cenne rzeczy z Wersalu czy grobowców królewskich (!). Niestety mało jest rzeczy ocalałych z tamtego okresu, ale na przykład na honorowym dziedzińcu muzeum (cour d'honneur) znajduje się statua Ludwika XIV, wykonana z brązu w 1689 na zamówienie miasta Paryża. Ta ocalała czasy Terroru i została przewieziona do Carnavalet w 1890 roku.

 

Drugi budynek muzeum, czyli hotel Le Peletier de Saint-Fargeau, został zbudowany w 1688 roku przez naczelnego królewskiego architekta Pierre Bulleta na zamówienie Michel Le Peletier de Saint-Fargeau. Z dawngo wystroju pozostał gabinet udekorowany boazerią i lustrami oraz schody honoru (l’escalier d’honneur). Jednak nazwa kojarzona jest z innym Le Peletierem, pra-pra wnukiem Michela le Peletier bla, bla, mianowicie z Louis-Michel Le Peletier de Saint-Fargeau, który w 1779 odziedziczył hotel. Był on jednym z tych arystokratów, którzy głosowali za śmiercią króla Ludwika XVI, za co sam zapłacił głową - został zamordowany przez strażnika z gwardi królewskiej pana Philippe de Paris w 1793, podczas gdy spożywał kolację w restauracji. Cóż za dramat! Louis-Michel Le Peletier de Saint-Fargeau został ogłoszony "męczennikiem Rewolucji" a jego prochy spoczywają w Panteonie - obok Curie-Skłodowskiej! (to chyba lekka przesada, nie?). Miasto zakupiło hotel w 1895 i urządzono tam istniejącą do dziś Bibliotekę Historyczną Miasta Paryża. W swoich murach mieści kolekcje poświęcone od czasów Rewolucjii po dzień dzisiejszy, natomiast przylegająca do niego oranżeria zawiera eksponaty archeolgiczne od czasów Neolitu do Antyku (!)

Całe muzeum zawiera ponad sto sal poświeconych Paryżowi od samych poczatków aż po dzień dzisiejszy: są tu zarówno zabytki archeologiczne, makiety i fragmenty pomników, liczne obrazy ukazujące panoramę miasta, szyldy, godła, elementy dekoracyjne pochodzące z nieistniejących już budynków, portrety Paryżan - tych znanych i tych mniej znanych, pamiątki po sławnych osobistościach (pióro Zoli, łózko Prousta), mnóstwo mebli i przemiotów codziennego użytku z różnych wieków. Oddzielne sale są poświęcone Rewolucji; znajdziemy tam włosy Marii Antoniny (sic!), dobiazgi używane przez Ludwika XVI podczas jego pobytu w więzieniu Temple jnp.: figurki szachowe, jego talerz, kubek itp. Oprócz tego muzeum dysponuje bogatą kolekcją grafik, rycin i rysunków.

Szyldy zasługują na osobną notkę: otóż w Paryżu bardzo długo domy nie były numerowane zatem aby je rozróżniać właściciele zawieszali szyldy. Z czasem z prostego napisu nabrały bardziej finezyjnej formy, a niektóre z nich to malutkie arcydzieła!

Zainteresowani moga obejrzeć zdjecia na stronie: www.paris.fr/portail/Culture/Portal.lut?page_id=6638&document_type_id=4&document_id=19798&portlet_id=15100

 

 

 c.d.n!

 

03:23, mada_pi
Link Komentarze (1) »
środa, 02 kwietnia 2008
You don't have to go mad to live here...

... but if you are it helps!

Kolejny nocny wpis, o tym jak dziwne jest to miejsce. O tym jak denerwuje mnie to, że za każdym razem gdy chce się coś załatwić, trzeba zacząć miesiąc wcześniej, przejść przez piekiełko biurokracyjne, pukać od drzwi do drzwi... i o tym jak - dla odmiany - dziś moje peregrynacje zakończyły się happy endem. Nie mogę przecież wiecznie narzekać na tutejszy system! :)

Dzis szukałam sali z komputerem, który ma dostęp do internetu. W moim "wydziałowym" budynku nie ma, powiedziano mi żebym poszła do "batimentu" G. W G teoretycznie nie mogą zarezerwować sali, potrzebny jest profesor (a moja pani prof. akurat jutro wyjeżdża), ale w drodze wyjątku... jest sala, w trochę innych godzinach niż moje zajęcia, ale nie ja jedyna potrzebuję komputera do expose... poszłam szukać dalej - a nuż znajdę lepszy termin? Batiment F: pan "monitor" (moniteur) był bardzo miły, powiedział, że na wtorek ktoś już zarezerwował salę informatyczną, ale mogę iśc zapytać do pana zarządzającego salami i on osobiście wątpi w powodzenie mojej misji, ale mogę spróbować.

* Swoją drogą, tu każda najdrobniejsza funkcja ma swojego wykonawcę, ciekawe... już podobno Ludwik XIV miał osobistego podcieracza... ;) *

Idę do pana zarządzającego, o grecko brzmiącym nazwisku, który po wysłuchaniu mnie powiedział :"OK" dam ci salę (!!!!)  :) (solidarność obcokrajowców?) Ale niestety w innych godzinach, trudno, może  przesunę moje zajęcia, na których mam expose...

Postanowiłam szukać dalej, idę do budynku DD i tu - o dziwo - nie stawiają mi problemów, tylko muszę napisać mejla...

Nabrałam podejrzeń... coś za gładko mi idzie... nawet moja pani profesor mnie przestrzegała, że będzie trudno załątwić salę i dodała: "jak wszystko inne"... :)

 

hahaha, w końcu chyba wypożyczę ten film ... ;) ale to nie zmienia faktu, że tytuł wpisu (znaleziony przypadkiem na drzwiach sali wykładowej na wydziale lingwistyki) uważam za jak najbardziej odpowiedni na określenie stanu ducha obcokrajowców żyjących w Paris.

 

 

02:58, mada_pi
Link Komentarze (1) »
czwartek, 20 marca 2008
Frog and the British Library
Chciałam wrócić do niekończącego się tematu, który jest niesamowicie pasjonujący, zwłaszcza w Paryżu, mianowicie: "o tym jak się załatwia rzeczy we Francji i jak cię odprawiają z kwitkiem?"
We wtorek po zajęciach pojechałam szukać filmu "La Belle verte" w reżyserii Colinne Serreau - nie mam pojęcia o czym to jest (z opisu wygląda na dramat-fantasy??), ale musiałam, ponieważ zostałam "wybrana na ochotnika" i przygotowuję o nim expose na zajęcia z francuskiego, z taką Włoszką. Pojechałam do Filmoteki Francuskiej - tam znajduje się wszystko co chcielibyście wiedzieć o kinie. ;) Niestety nie mieli tego filmu, ale naprzeciwko, dosłownie po drugiej stronie Sekwany, jest Biblioteka Narodowa Francoisa Mitteranda, w której postanowiłam szukać dalej.
Biblioteka FM to ogromny dwupoziomowy budynek, gdzie parter przeznaczony jest dla każdego zjadacza chleba, z ogromną kolekcją książek, czaspism, filmów itp. zwłaszcza produkcji rodzimej (jak nasza BN) i poziomem -1 czyli tak zwana: "przestrzeń dla badaczy", do której, jak można się domyślić, dostęp jest ograniczony. W bibliotece na szczęcie film był ALE właśnie w jednej z tych sali dla badaczy.
Oczywiście zanim się tego dowiedziałam, odbyłam kilka pielgrzymek. Na początek do pani w recepcji, gdzie dowiedziałam co to jest i czym to się je, oraz że film tu JEST. Potem do pani w "biurze informacji i orientacji czytelników" żeby dowiedziec się, że, owszem film jest, ale nie mogę wejść do "sali dla badaczy". Ponadto zostałam poinformowana, że żeby wejśc do jakiejkolwiek sali na parterze, musze wykupić bilet (nie ma nic za darmo, szczególnie tu!).
Podreptałam z powrotem do pani w recepcji, z pytaniem, czy na pewno nigdzie indziej nie ma tego filmu i pani poradziła mi, żebym umówiła się na rozmowę z bibliotekarką, a ona mi pomoże. Żeby tego dokonać, zawróciłam do "biura informacji..." i dostałam bilet, z liczbą osób oczekujących: 0. Czekałam 30 minut! Grrrr, ale pamiętając starożytną maksymę: "du calme, du calme", czekałam.... czytałam informacje o Bibliotece FM, przeglądałam repertuar kin... Wreszcie ja! Idę! Rozmowa z panią bibliotekarka trwała ok15-20 minut. Pani uważnie wysłuchała mojej historii poszukiwania "La Belle verte", (a szukałam też w innych bibliotekach), dokładnie obejrzała mój dowód i spisała prawie wszystkie dane, adres francuski i polski też (!) śmiała się że burmistrz (wystawił dowód) to tak jak "burgmeister" po niemiecku...ugh... ale była w zasadzie miła. Oglądała moją legitymację studencką i powiedziała że, aby skorzystać z "badaczy" muszę mieć dodatkowo list od profesora, nalepiej koordynatora, który potwierdza że jestem studentką (!!) Na koniec powiedziała, że może mi wydać kartę wstępu do sal dla badaczy, ale na 3 dni (na szczęście nie z rzędu), za którą muszę zapłacić.
Straciłam w bibliotece 1,5h...
Jeszcze karty nie wykupiłam, mam na to rok (wyjąwszy 3 dni), bo pomyślałam, że skoro tego filmu generalnie nie ma, a jak jest to samo zobaczenie nastręcza sporo problemów, to albo ta Włoszka go przywiezie z Włoch, albo zmienimy temat expose... i raczej to drugie rozwiązanie wchodzi w grę ;)
 
Tytuł wpisu jest nazwą pubu przy bibliotece i mógłby brzmieć "A Pole and French Library"

 

Pielgrzymek i dziwnych przygód ciąg dalszy...

Wczoraj postanowiłam, tak z nudów, udać się do mojego uczelnianego Biura Współpracy z Zagranicą w sprawie pewnej papierkologii. Kilka dni temu wysłałam podanie do CROUS-u, organizacji, która zarządza akademikami, grantami, studentami i dostałam odpowiedź, że (co z tego, że napisałam do komórki odpowiedzialnej za mój "przypadek") i tak muszę wypałnić formularz na stronie. Dobrze. Wypełnię! Niestety nie mogłam tego zrobić, bo na liście uniwersytetów, na której musiałam zaznczyć gdzie studiuję nie bylo mojego (!) Napisałam od "komórki" jeszcze raz, wyjaśniając, że jestem erazmusem i nie wiedzieć czemu w spisie nie ma Paris X. Wczoraj rano dostałam odpowiedź, że muszę zadzwonić tu i tu, do miejsca, które zajmuje się wspólpracą z zagranicą (jakaś gałąź CROUSu). Zadzwoniłam i dowiedziałam się, że powinnam sie zgłosić do biura współpracy z zagranicą ALE na moim uniwerku! UGH! zatem w południe udałam się do wymienionego Biura i - po odstaniu w kolejce, a jakże! - zostałam skierowana do budynku E, lub do budynku L, pokój R31. Poszłam. Co się okazało? Okazało się, że biuro w budynku E było (akurat dziś !!!!) zamknięte, a w budynku L - i to chyba jest najlepsze - pokój "R31" nie istnieje! Dobre, co? Tak, rozumiem, czemu niektórzy nie lubia Francuzów...
Potem pojechałam szukać tego filmu do innej filmoteki, ale była (też akutar dziś!) zamknieta!!
buhahahaha!!



03:19, mada_pi
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2